Czy znacie takie włoskie coś, co nazywa się Monumentum? Mam nadzieję, że tak, gdyż moim zdaniem każdy fan klimatycznej muzyki powinien być zapoznany z choćby takim niesamowitym dziełem jak In Absentia Christi. Ale przedmiotem dzisiejszych moich rozważań będzie inna włoska formacja – Cultus Sanguine, w której panowie z wymienionego wyżej bandu mocno maczali swoje bezbożne paluchy.
Shadows Blood to debiut Włochów, który ujrzał światło nocy w 1997 roku, ale nie stracił do tej pory na swojej wartości i wierzę głęboko, że nie straci nigdy. Opisując pobieżnie jest to taki trochę gothic metal, z elementami black i dark metalu, a gdzieniegdzie innych gatunków muzyki; czyli jak sami widzicie muzyka Cultus Sanguine jest tak nietuzinkowa, że pobieżnie opisać się jej nie da. Mnie osobiście najbardziej pasuje określenie „horror metal” – najbardziej chyba oddaje klimat muzyki zawartej na tym krążku. Już wystarczy popatrzeć na okładkę płyty aby stwierdzić, że panowie (i pani) normalni nie są: Cała wkładka ozdobiona jest zdjęciami z końca XIX wieku przedstawiającymi ludzi zmarłych, ułożonych w trumnach lub siedzących na fotelach czy kanapach. Nie są to jakieś rozwalone, gnijące zwłoki, ale po prostu zwykli zmarli ludzie. Z ich twarzy bije spokój śmierci, jej powaga i dostojeństwo. I to jest właśnie przerażające najbardziej, a w połączeniu z muzyką daje piorunującą mieszankę! W tej muzie jest wiele niepokojących, przyprawiających o zimne dreszcze dźwięków. Jest sporo klawiszy o banalnym brzmieniu, a jednak niespotykanym na innych produkcjach. Jest też sporo gitarowego grania, takiego klasycznego, takiego wyjętego z innej epoki. Czasami mam wrażenie, że słucham takiej nowoorleańskiej kapeli jazzowej, choć nie chodzi mi o zapożyczenia muzyczne, a raczej o klimat tamtych miejsc, cmentarzy, magii, co świetnie można wyczuć oglądając na przykład „Wywiad z Wampirem”. Albo pamiętacie taki film „Oni”? – Ta muzyka właśnie bardzo nadaje się na soundtrack do filmów tego typu. Niby nic, a jednak słucha się tego z nerwami napiętymi jak postronki. Zwłaszcza, gdy pan Joe Ferghieph zacznie zawodzić swoim czystym głosem, który brzmi jak płacz na pogrzebie – wtedy co słabszym psychicznie mogą nerwy puścić, jeśli jeszcze do tego oglądają okładkę i czytają teksty.
Spróbuję podsumować Cultus Sanguine tak jakbym to robił te 8 lat temu, kiedy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy. Jest to produkcja poruszająca temat ponadczasowy, budzący odwieczną grozę i zawsze tajemniczy. Stąd też moje przeświadczenie, iż ten materiał nie zestarzeje się nigdy. Do tego jeszcze całkiem przyzwoita produkcja, miejscami nietuzinkowe zagrywki, niepokojące dźwięki i naprawdę niebanalny wokal: raz zawodzący, za chwilę przechodzący w niemal blackowy skrzek. Muzyka natomiast jest dziwna. Nie bez kozery przyzwałem na początku Monumentum, gdyż Cultus Sanguine jest miejscami w klimacie zbliżone do tej kultowej grupy. Nie są ich kalką, o nie! Są jednak w jakiś specyficzny sposób połączeni. Stąd też muzyka Cultus Sanguine nabiera takiego specyficznego charakteru, jaki może mieć pogrzeb o północy, widok konduktu lub też szloch pogrzebowych płaczek. Mam nadzieję, że się spodoba…
Ocena 8/10